Edward, Leopoldyna i zakład, który przetrwał trzy pokolenia
Porucznik z aparatem
Edward Janusz przyszedł na świat 19 października 1850 roku we Lwowie, w rodzinie stolarza Ignacego. Na Politechnice Lwowskiej wytrzymał rok — nie z braku zdolności, lecz środków. Poszedł więc drogą, która niejednemu synowi rzemieślnika w monarchii habsburskiej dawała awans: do wojska. Służył jako oficer w lwowskim 80 Pułku Piechoty c.k. armii i doszedł do stopnia porucznika, ale w 1882 roku stan zdrowia zmusił go do zdjęcia munduru. Miał trzydzieści dwa lata i musiał wymyślić się na nowo. Wymyślił: fotografia, dotąd pasja, stała się zawodem.
Fotografem nie został z dnia na dzień. Pierwsze podanie o zwolnienie ze służby złożył 31 sierpnia 1880 roku — odrzucono je, dając mu w zamian roczny urlop zdrowotny, i to właśnie ten rok poświęcił na opanowanie warsztatu. Wtedy też trafił po raz pierwszy do Raabs an der Thaya, miasteczka w Dolnej Austrii, które później zmieniło mu życie. Uczył się sam, bez terminu u mistrza. Ślad tej nauki zachował się do dziś: kilkudziesięciostronicowy rękopis z datą 23 grudnia 1881 roku, pełen własnych spostrzeżeń o technice i o tym, jak ustawiać światło na modela. Pisał w nim, że „definitywnie należy skończyć z dotychczasowym sposobem pokazywania ludzkiej twarzy. Fotografia, podobnie jak sztuka malarska musi wydobyć z portretu pozornie niewidoczne wartości i cechy fotografowanej osoby.” Zawodowo zaczął w 1880 roku na przedmieściach Lwowa — pierwsze zdjęcia robił na podwórzu, z tłem ze ściany desek — a po niespełna dwóch latach przeniósł się do Złoczowa, gdzie przez cztery lata był jedynym fotografem w mieście. Lwów, z pracowniami Edera, Szajnoka i Trzemeskiego, był dla początkującego po prostu za ciasny.
Do Rzeszowa namówił go dawny towarzysz z wojska, weterynarz wojskowy z rzeszowskiego garnizonu Edward Hoffer, donosząc, że po Józefie Zajączkowskim zwolnił się pawilon fotograficzny przy Sandomierskiej. Moment był idealny: kilkunastotysięczne miasto zostało właśnie bez fotografa. Janusz zagrał va banque i jeszcze przed otwarciem firmy urządził wystawę swoich portretów w witrynie sklepu Ferdynanda Schaittra — dziś uznawaną za pierwszą wystawę fotograficzną w dziejach Rzeszowa. Reklama zadziałała. 1 lipca 1886 roku otworzył atelier w domu Gartnerów przy Sandomierskiej 18, a „Tygodnik Rzeszowski” pisał z uznaniem o pracach fotografa, który „nie ćwiczył się w żadnych pracowniach”, a w zawodzie pracuje dopiero cztery lata.
Los szybko wystawił go na próbę: 26 marca 1888 roku, niecałe dwa lata po otwarciu, zakład spłonął. Janusz odbudował go w oficynie tej samej posesji — i nie zwolnił tempa. We wrześniu 1889 roku poślubił w Raabs w Dolnej Austrii Leopoldynę Krause; rok później urodziła się Dorota, po niej Fryderyk, Maria i Helena. Firma rosła razem z rodziną: portretowała mieszczan i wojskowych, dokumentowała uroczystości, sprzedawała aparaty, kształciła uczniów.
Drogę do tego wyróżnienia otworzyło mu Wiedeń. W 1891 roku, z rekomendacji tamtejszego litografa Sigmunda Bondy, został przyjęty do prestiżowego Towarzystwa Fotograficznego Wiedeńskiej Akademii Nauk — i to członkostwo w dużej mierze zaważyło na tym, co przyszło kilka lat później.
Ukoronowanie przyszło w 1898 roku: tytuł Cesarsko-Królewskiego Nadwornego Fotografa — wyróżnienie, które w całej Galicji nosiła garstka zakładów. W tym samym roku obiektyw Janusza dokumentował odsłonięcie rzeszowskiego pomnika Kościuszki, pierwszego na ziemiach polskich. Porucznik z aparatem stał się instytucją.
Fotografia nie wypełniała mu całego dnia. Był jednym z założycieli rzeszowskiego „Sokoła” i delegatem na miasto Towarzystwa im. Stanisława Staszica, założonego we Lwowie dla szerzenia wiedzy o polskiej historii i literaturze. Pracował też w komitecie budowy pomnika Kościuszki — jego podpis, wśród dwudziestu dwóch innych, znalazł się na dokumencie erekcyjnym zamurowanym w fundamentach. W mieście, w którym mieszkali obok siebie Polacy, Żydzi, Rusini i Austriacy, fotografował ich wszystkich; jego zdjęcia są dziś dokumentem tego Rzeszowa, nie pamiątką po jednej z jego części.
Koniec przyszedł z dwóch stron naraz. Chore serce od lat ograniczało mu pracę, a z Warszawy szły coraz gorsze wieści: młodszy brat Fryderyk, dyrektor fabryki mebli giętych, i jego rodzina byli prześladowani przez rosyjskiego zaborcę za działalność patriotyczną. Zginął bratanek, brata uwięziono. Wiadomość o śmierci brata była ostatnim ciosem.
Zmarł 3 marca 1914 roku, na kilka miesięcy przed wojną, która zmiotła świat z jego fotografii. Pochowano go na cmentarzu na Pobitnem, a miejscowa prasa pożegnała go zdaniem, które mówi o nim tyle, co cała biografia: „Zakład swój artystyczny doprowadził do rzędu pierwszych w kraju i dla tego uzyskał tytuł c.k. nadwornego fotografa”. Szyld „E. Janusz” pozostał jednak nad drzwiami — bo firma miała przed sobą jeszcze niemal cztery dekady. Tyle że odtąd prowadziły ją kobiety.
Wielmożna pani Januszowa
Leopoldyna z domu Krause przyjechała do Galicji z Raabs w Dolnej Austrii — i to jej austriacki rodowód sprawia, że historia rzeszowskiego zakładu ma do dziś czytelny wątek habsburski. Ślub z Edwardem wzięła we wrześniu 1889 roku, w rodzinnym miasteczku nad rzeką Dyją. W Rzeszowie nie została „panią fotografową” od reprezentacji: pracowała w atelier, znała warsztat od zaplecza — retusz, kopiowanie, obsługę klientów — i z czasem stała się w zakładzie partnerką, nie dodatkiem. Według dzisiejszego stanu badań to pierwsza kobieta wykonująca zawód fotografa w Rzeszowie i jedna z pierwszych w całej Galicji.
Do Rzeszowa nie przyjechała jednak jako narzeczona bez zawodu — przyjechała jako fotografka z własną firmą za sobą. Jej ojciec, Carl Jacob Krause, był w Raabs malarzem dekoracyjnym znanym z pejzaży naściennych i rzeźb sakralnych; fotografia zafascynowała go na tyle, że kupił sprzęt, po czym przekonał się, że nie ma do tego zawodu przygotowania. Wykształcił więc w tym kierunku najstarszą córkę. Leopoldyna odbyła praktykę w jednym ze znanych wiedeńskich zakładów, uzyskała świadectwo pomocnika fotograficznego i przez kilka lat — jeszcze przed ślubem — prowadziła w Raabs własne atelier. Jej kartoniki firmowe nosiły winietę z napisem „Poldi Krause”. W tamtych czasach fotografia była jednym z niewielu zawodów dających kobiecie samodzielność i zarazem społecznie akceptowanych; ona skorzystała z tej furtki na długo przed przeprowadzką do Galicji.
Do Rzeszowa przywiozła nie tylko siebie: zakład wzbogacił się o sprzęt i wyposażenie z jej atelier w Raabs. Nie znała wtedy nawet polskiego. W pracy uzupełniali się — on był znawcą oświetlenia, ona miała oko do formy i potrafiła upozować ludzi, i to zarówno przy portrecie, jak i przy trudniejszych zdjęciach grupowych.
Jej prawdziwa próba przyszła w 1914 roku. Owdowiała tuż przed wybuchem wojny, z firmą do prowadzenia i czwórką dzieci — Dorotą, Fryderykiem, Marią i Heleną — z których każde trzeba było jeszcze wprowadzić w dorosłość. Pierwszy rok wojny spędziła poza Rzeszowem: po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji, w obawie przed okupacją rosyjską, wyjechała z dziećmi do sióstr w Wiedniu i Raabs. Zakład pracował dalej pod opieką zaufanych pracowników, a ona kierowała nim z daleka — wysyłając pieniądze na żywność i dostarczając materiały fotograficzne. Wróciła dopiero, gdy Rosjanie wycofali się z miasta; dom, w którym stacjonowali żołnierze, trzeba było zastać zdewastowany i naprawiać. Gdy w listopadzie 1918 roku przyszła niepodległość, postanowiła zostać w Rzeszowie i prowadzić dzieło męża dalej. Prowadziła zakład pod niezmienionym szyldem „E. Janusz” przez dwadzieścia lat: przez wojnę światową, upadek monarchii, narodziny II Rzeczypospolitej i wielki kryzys. W latach dwudziestych przeniosła atelier z podwórkowej oficyny do reprezentacyjnego lokalu od frontu. W mieście mówiono o niej z szacunkiem „wielmożna pani Januszowa” — a rodzinne przekazy zapamiętały kobietę przedsiębiorczą i myślącą perspektywicznie, która była filarem, w którym wszyscy znajdowali oparcie.
Zmarła w 1934 roku. Ster firmy przejęła najmłodsza córka, Helena. I to jest może najciekawsze w całej historii zakładu „E. Janusz”: z sześćdziesięciu pięciu lat jego istnienia mężczyzna kierował nim niecałe dwadzieścia osiem. Przez całą resztę — ponad połowę życia firmy — rzeszowskim fotografiom szyld „E. Janusz” nadawały kobiety.
Zakład przy Sandomierskiej 18
Dobry zakład fotograficzny w Galicji poznawało się po tym, że przetrwał. Mody mijały, konkurenci bankrutowali, a firma „E. Janusz” działała przy tej samej posesji — Sandomierska, od 1910 roku Grunwaldzka, numer 18 — nieprzerwanie od 1886 do 1951 roku. Sześćdziesiąt pięć lat, dwie wojny światowe, cztery państwowości, trzy pokolenia jednej rodziny.
O mały włos historia skończyłaby się już na starcie: 26 marca 1888 roku, niecałe dwa lata po otwarciu, zakład spłonął. Janusz urządził go na nowo w oficynie tej samej posesji — i właśnie tam, w atelier z regulowanym oświetleniem i wymiennymi tłami, powstała większość zdjęć, które dziś kolekcjonerzy nazywają po prostu „januszami”. Firma nie ograniczała się do portretów: dokumentowała miejskie uroczystości, sprzedawała aparaty i akcesoria, kształciła uczniów. W 1898 roku przyszło ukoronowanie — tytuł Cesarsko-Królewskiego Nadwornego Fotografa, wyróżnienie, które w całej Galicji nosiła garstka zakładów.
Zakład od początku był przedsięwzięciem zespołowym. Już w listopadzie 1886 roku udało się zatrudnić wykwalifikowanego pomocnika, Pawła Wyderkę, po Szkole Sztuk Pięknych i praktyce u krakowskich fotografów; do obsługi całego, skomplikowanego procesu potrzebni byli jeszcze laborant, retuszer i introligator. Fotografowano nie tylko w atelier: uroczystości i wydarzenia w mieście, a Janusz — jako były oficer — bywał częstym gościem w koszarach. Robiono tableau dla absolwentów szkół, reprodukcje ze sztychów i starych fotografii, sprzedawano aparaty i akcesoria, a z tego brała się jeszcze obróbka zdjęć amatorskich. Firma wydawała też własnym nakładem, z własnych zdjęć, serie kart pocztowych z widokami Rzeszowa — z podpisami po polsku. Klientela była cała: mieszczanie i włościanie, radni, duchowni, wojskowi, uczniowie, aktorzy. Wśród nich Helena Modrzejewska, która skorzystała z usług zakładu, będąc na występach w Rzeszowie.
Po śmierci Edwarda w 1914 roku firmę prowadziła Leopoldyna, po niej — od 1934 roku — córka Helena, której pomagała siostra Maria. Gdy Helena wyszła za mąż za Tadeusza Stanisza i wyjechała z Rzeszowa, zakładem kierowała na miejscu Maria Boro z czteroosobowym zespołem, a właścicielka doglądała firmy podczas przyjazdów. Wojna sprowadziła rodzinę z powrotem: do Rzeszowa wróciły Helena i jej siostra Maria Urbanowa, a że okupacyjne przepisy paszportowo-meldunkowe oznaczały dla fotografów istny urodzaj zleceń, do pracy stanęły także wnuczki Edwarda — Irena Elgasówna i Krystyna Urbanówna. Trzecie pokolenie przy tym samym aparacie.
O tych latach wiadomo jeszcze coś, czego nie widać na żadnej odbitce. Praca w zakładzie dawała zatrudnionym nie tylko zarobek, ale i ochronę przed wywózką na roboty do Niemiec. Za podwójną ścianą w zakładzie znajdowały schronienie osoby poszukiwane przez gestapo i zbiegłe z łapanek. Maria Urbanowa, która przez całą wojnę mieszkała z córką w oficynie za zakładem, sąsiadującej z gettem, dostarczała rzeszowskim Żydom chleb i lekarstwa.
Koniec przyszedł nie z rynku, lecz z urzędu: po wojnie firmę „E. Janusz”, jak tysiące prywatnych przedsiębiorstw, znacjonalizowano i włączono do rzeszowskiej spółdzielni fotografów. Ale i wtedy na stanowisku kierowniczki pozostawiono Helenę — córkę założyciela — która prowadziła zakład aż do swojej śmierci w 1960 roku; po niej, przez kolejnych trzynaście lat, czuwała nad nim Maria. Sam punkt fotograficzny przy Grunwaldzkiej działał jeszcze do przemian ustrojowych, choć nie pracował w nim już nikt z rodziny. Pamiątką po Januszach pozostała w Rzeszowie także „Januszówka” — rodzinny dom przy ulicy Poniatowskiego.
To, że po tym wszystkim w ogóle zostało archiwum, jest zasługą jednej osoby i jednej umowy. Maria — ostatnia z rodziny pracująca w zakładzie w zawodzie fotografa, na emeryturze od 1968 roku po tym, jak odmówił jej wzrok — do końca opłacała wynajem części strychu przy Grunwaldzkiej, pełniącego rolę magazynu. Wieloletnia umowa, podpisana z właścicielami kamienicy jeszcze przed wojną, pozwoliła przechować te zbiory w tajemnicy. Nie miała już sił ani środków, żeby ocalić archiwum zakładu w całości — nikt się wtedy nim nie interesował, a samo archiwum było już w obcych rękach. Ocalała ta część, która była rodzinna: negatywy i fotografie z czasów, gdy zakład należał do Januszów, w tym szklane klisze z architekturą starego Rzeszowa. Dopiero przypadek sprawił, że po latach zapomnienia ujrzały światło dzienne i trafiły do zbiorów muzealnych miasta.
Zawód został w rodzinie, choć nie w zakładzie. Obie wnuczki Edwarda, które terminowały w firmie w czasie okupacji, po wojnie wyjechały na studia: jedna, z dyplomem czeladniczym i mistrzowskim z rodzinnej firmy, skończyła chemię i poświęciła się nauce, wykorzystując fotografię w mikrofotografii; druga została architektem-konserwatorem i pracowała przy Wawelu, Baranowie, Wiśniczu, Krasiczynie, Niedzicy i Czorsztynie, a jako artystka fotografik miała wystawy autorskie i przez lata kierowała krakowskim oddziałem ZPAF.
Atelier od kuchni
Wiemy dość dokładnie, jak wyglądała i czym pracowała ta pracownia — to rzadkość przy zakładach z tamtych lat i najlepsze tło dla każdej odbitki z sygnaturą „E. Janusz”.
Światło
Pierwszy zakład mieścił się w przeszklonym drewnianym pawilonie typowym dla ówczesnych fotografów. Po pożarze w 1888 roku nowe atelier urządzono w oficynie tej samej kamienicy, z kilkoma pomieszczeniami częściowo w amfiladzie — co dawało miejsce na fotografowanie większych grup. Przeszklona ściana od północy i szklany dach zapewniały naturalne światło; jego natężenie regulowano zasłonami w trzech kolorach — białym, niebieskim i popielatym — podwieszonymi u góry i przy oszklonej ścianie, przesuwanymi ręką albo drążkiem. Do rzucania refleksów i rozjaśniania cieni na twarzy służyły ekrany czarne i białe, a daszek korygował zbyt mocne południowe słońce. Czasu naświetlania nie odmierzał żaden przyrząd — dyktowały go praktyka i wyczucie fotografa.
Sprzęt
Zdjęcia wykonywano kamerą formatu 24×30 cm z adapterem na klisze 12×16 cm — początkowo na trzynożnym statywie salonowym, później na dwuramiennym. Używano kilku obiektywów o różnych ogniskowych, zależnie od potrzeby. W zakładzie stał aparat atelierowy o dwóch obiektywach na ciężkiej drewnianej podstawie z regulacją wysokości i nachylenia, a do zdjęć plenerowych — proste kamery jednoobiektywowe w drewnianych obudowach. Odczynniki i materiały sprowadzano z Wiednia. Osobne pomieszczenie pełniło rolę ciemni, a specjalna platforma na balkonie służyła do kopiowania negatywów przy świetle dziennym.
Rekwizytornia
Oprócz sprzętu — meble i rekwizyty do aranżacji: krzesła, fotele, stoliki, lustra w różnych oprawach, makiety z masy papierowej imitujące balustrady, słupki, kolumny i pnie drzew, flakony, wazy, sztuczne kwiaty, zabawki, dywany. Malowanych teł zakład miał wiele, żeby zaspokoić różne gusta: pejzaże, sceny krajobrazowe, wnętrza, obłoki.
Archiwum klisz
Nowe atelier miało osobne pomieszczenie na archiwum klisz. Starannie przechowywane, służyły do zamówień dodatkowych nawet po latach — a szło z tym w parze skrupulatne prowadzenie rejestrów klientów. To jest właśnie ten zwyczaj, dzięki któremu w ogóle istnieje dziś archiwum liczone w dziesiątkach tysięcy szklanych negatywów.
1850–lata 90.
Tam, gdzie źródła się różnią — w datach albo szczegółach biograficznych — pokazujemy tę rozbieżność jawnie, zamiast rozstrzygać ją na siłę. Ta strona rośnie razem z kwerendą: część wątków (m.in. pełna lista wystaw i publikacji) jest wciąż w opracowaniu.
Rok nadania tytułu c.k. nadwornego fotografa
Ta sama publikacja podaje dwie wartości: wprost rok 1898, a kilka zdań wcześniej — że tytuł przyszedł „osiem lat” po przyjęciu do Towarzystwa Fotograficznego Wiedeńskiej Akademii Nauk w 1891 roku, czyli w 1899. Na stronie trzymamy się roku 1898 jako podanego wprost, ale rozbieżność zostaje odnotowana: przy datowaniu pieczątki z tytułem różnica jednego roku bywa istotna.
Wielkość archiwum
Nota biograficzna z tej samej publikacji mówi o około 36 tysiącach szklanych klisz, kilku tysiącach błon i ponad 2 tysiącach fotografii różnych formatów — dorobku trzech pokoleń. Wcześniejsze opracowania, na których opierała się pierwsza wersja tej strony, podawały liczbę bliższą 32 tysiącom. Obie wartości opisują ten sam zbiór, dziś w posiadaniu Muzeum Okręgowego w Rzeszowie; nie mamy podstaw, by rozstrzygać, która jest dokładniejsza.
Data pożaru atelier
Dokumentacja projektu podaje 26 marca 1888 roku. Monografia mówi ogólniej — że pawilon spłonął „dwa lata” po otwarciu zakładu, a praca ruszyła na nowo po niecałych dwóch miesiącach. Te wersje się nie wykluczają, ale tylko pierwsza podaje dzienną datę.